2009-11-15 23:38:15
wentyl
jestem tak zmęczona martwieniem się cudzymi problemami, że nie mam za bardzo siły na uporanie się z własnymi. z cudzymi też sobie nie radzę- tylko się zamartwiam i stresuję kumulującym się stosem nierozwiązanych konfliktów, niezałatwionych spraw, nieustalonych zasad i nieodwiedzonych lekarzy. głównym problemem jest strach przed zdiagnozowaniem problemów pomniejszych, powiedzenie danej osobie prosto w oczy, że sprawa wygląda tak i tak, że na swój sposób dotyczy nas wszystkich i zrób z tym coś, zanim zrobi się gorzej. a wierz mi, drogi wentylu bezpieczeństwa, w postaci blogaska, jets tych drobiazgów wokół dużo, ale nie jestem w stanie ich wypowiedzieć na głos, bo wtedy staną się jeszcze realniejsze, paraliżuje mnie strach przed tą realnością. więc raczej pomówimy o dentyście, niż nawracającej chorobie sprzed dwudziestu kilku lat, raczej pomarudzimy o obsesji na tle cmentarza, niż pomyślimy o zabezpieczeniu się na przyszłość i raczej będziemy czekali na poprawę nastroju, niż wypowiemy podejrzenie o zaburzenia depresyjne.
i to jest tak, że bywam zadowolona i beztroska, ale nie pamiętam kiedy. i to jest tak, że to się wszystko kumuluje i nie przestanie i wiem, że będzie tylko więcej i gorzej, ale nie potrafię wziąć w garść siebie i otoczenia. raczej blokuję i wypieram, chociaż nie idzie mi to najlepiej.
skomentuj (0)

2009-10-15 22:16:29
dyskretny urok apokalipsy
jest coś dziwnie przyjemnego, w takim pseudoapokaliptycznym zawieszeniu rzeczywistości, jak dzisiaj, kiedy wsiadasz do tego samego co zawsze autobusu i nagle okazuje się, że trasę na 40minut/godzinę pokonujesz w godziny trzy, kiedy widzisz Żywioł, który wygrywa z pozornie rozpanoszoną Cywilizacją i kiedy nic nie możesz poradzić. siedziałam więc w autobusie linii 71, przejazd przez Zdroje trwał ponad godzinę, czytałam Świetlickiego, słuchałam soundtracku ze Skins, wysyłałam SMSy i tylko przez chwilę rozważałam opcję pójścia dalej na piechotę. jadąc Mostem Pionierów przypomniałam sobie zeszłoroczne kajaki, kiedy przebijaliśmy się pod nim walcząc z wiatrem, nie wiedząc, że na Dąbiu będzie milion razy gorzej i pomyślałam, że dzisiaj to dopiero byłaby radość niezmierzona, wiosłować tą trasą. Szczecina tak naprawdę nie zalało, chociaż trzeba przyznać że woda i powietrze dały niezły pokaz swoich sił- właściwie nie pamiętam nic takiego wcześniej. patrzenie na tą wodę, wdzierającą się tam, gdzie nie powinna być, gdzie nikt nie przewidział dla niej miejsca, było dla mnie źródłem ekscytacji, pozalewane przystanie na Przestrzennej, które widziałam w drodze powrotnej, wyrywały z moich piersi zafascynowane "ołaaaaaał". ten dzień cały składał się tylko z wody i wiatru, tak jak wcześniej jeden dzień zimowy, kiedy Szczecin stracił prąd, składał się tylko z wiatru i śniegu. niepewność komunikacji, niepewność, kiedy sytuacja się ustabilizuje, plany na wszelki wypadek, życie w lekkim zagrożeniu. przeglądam media lokalne odnotowując co lepsze zdjęcia katastrofy. media ogólnopolskie pochlipują, że śnieg, że zima w październiku, że ćwierć miliona Polaków nie ma prądu. o Świnoujściu, do którego promy kursują na granicy ryzyka, media ogólnopolskie fowiedziały się późnym popołudniem. ćwierć miliona Polaków brzmi lepiej, niż 250 tysięcy osób, czyli niecały Szczecin, ale wiadomo, że jak coś jest bliżej Warszawy, to jest ćwierćmilionem, a nie niecałym Szczecinem. jednakoż odbiegam od sedna. sednem zaś jest to, że nastrój katastrofy  ma w sobei coś niezmiernie mnie pociągającego, tylko ciekawe, czy mechanizm byłby taki sam w przypadku REALNEGO zagrożenia.
skomentuj (0)

2009-09-27 15:01:59
just go
chciałabym spakować swój nie tak znowu wielki dobytek, rzucić ostatnie spojrzenie na opustoszały pokój i wynieść się. tak po prostu- bezproblemowo. a teraz zgadnij, jak się układa sytuacja.
skomentuj (1)

2009-09-25 21:23:48
życie i piękna odzież.
po wczorajszej znamiennej wypowiedzi mojego promotora, zupełnie siadła mi jakakolwiek motywacja do pryzgotowań przedobronnych, a w zamian łeb podniosło radosne rozprężenie, skutkujące tym, że mimo iż do ostatniego uczelnianego egzaminu zostało mi niewiele czasu, od dwóch dni nie robię nic mądrego. nie przeglądam swojej dziewiędziesięciodwustronnej pracy magisterskiej, nie wbijam sobie do głowy definicji, twierdzeń, teorii i funkcji, za to szlajam się po sklepach fizycznych i wirtulanych, uprawiajac wesoły window shopping.
bo w ostatnią niedzielę, kiedy jeszcze myślałam, że egzamin magisterski może jednak okazać się poważną sprawą i wypada mieć tyleż w głowie, co na sobie, kupiłam sobie strasznie fajną marynarkę. zazawyczaj nowe ciuchy wciągam na grzbiet jak tylko wejdę do domu i utnę im metki, ale marynarka- ze wzgledu na swoje przeznaczenie- ma u mnie więcej szacunku i z pewnym namaszczeniem po ponownej przymiarce, odwiesiłam ją do nie swojej szafy (w mojejw szystko się gniecie, bo ilość miejsca jest zdecydowanie MAŁA). odwiesiłam, ale nie zapomniałam, bo marynarka jest na tyle fajna, że oczami wyobraźni widzę miliard sposobów jej noszenia i w ogóle, zmieniam się w swojej głowie we wspaniała szafiarkę, którą zaprasza się na różne imprezy i która dostaje rzeczy za darmo. nie, to nie znaczy, że założę kolejnego blogaska, wracamy do przerwanego wątku. jakiś czas zanim pojawiła się marynarka, znalazłam w sieci bardzo ładne zdjecie ładnej dziewczyny w  dziwnej scenerii. najłądniejszym jednak elementem zdjecia była koszulka owej dziewczyny- biały t-shirt z wielką matrioszką. bo problem polega na tym, że motyw matrioszki od paru miesięcy nei daje mi spokoju, ewoluując w różnych kierunkach, zależnei od dnia i godziny: czasem chcę mieć na kostce wytatułowaną matrioszkę wypełnioną wzorem zebrzej sierści, keidy indziej marzy mi się wielki wisior w kształcie matrioszki, na długim łańcuchu, a od tygodnia nie mogę przestać myśleć o tej koszulce. oczywiście, pewnie w końcu zrobię tak, ajk zasugerowała Gośka, czyli kupię farby, gładki t-shirt i po raz kolejny dokonam aktu d.i.y., tymczasem jednak grzebię w internetowych sklepach i aukcjach patrząc, czy może jednak nie znalazłoby się coś lepszej jakości. nie znalazłoby się, za to trafiam na dziesiątki wspaniałych elementów garderoby, do których moje niewieście serce wyrywa się rozpaczliwie, acz na marne, bo mieć 98 centymetrów obwodu w biuście to odzieżowy nietakt. co nie zmienia faktu, że wspomniana wcześńiej marynarka, ze wspomnianym później t-shirtem i moimi magicznymi "ale ty jesteś chuda" spodniami z h&m byłaby zestawem idealnym.
w obliczu przyszłego weekendu uświadomiąłm sobie również, że moja garderoba składa się w zbut dużej mierze z bawełny. smutna prawda jest taka, że nie posiadam ani jednego ubrania, które byłoby casualowo- wieczorowym topem, takim wiecie- nie satynowa bluzka, ale też nei zwykły t-shirt. i co gorsza- nie wiem, czy istnieje coś spełniającego te kryteria i bedącego w zasiegu mojego rozmiaru, stylu i poczucia pewności siebie. króko mówiąc- nadal nie wiem, co ubiorę na poślubną imprezę Bartka i Doroty.
poza wątkiem odzieżowym absorbuje mnie jeszcze wątek mieszkaniowy (i jets to również motyw dominujący nad motywem magisterskim, który od wczoraj stracił na sile tak znacznie, że niemal zniknął). otóż znów od paru dni ustawiam w myśli meble w nieswoim pokoju, kombinuję co zabrać, co zostawić, co dokupić, a co wyrzucić. dowcip w tym przypadku polega na tym, że moją sytuację wyprowadzkowo- rodzinną najlepiej określa urocze słowo "impas"- ja mam związane ręce, dopóki nie zapadnei decyzja rodziny, a rodzina ma zwiazane ręce, dopóki ja nie podejme decyzji. akcję "Zuzanna opuszcza dom" należałoby bowiem przeprowadzić w sposób synchroniczny, co jest o tyle neimożłiwe, ze potrzebuję około miesiąca na przygotowanie i znalezienie współlokatorów, anie mogę szukać współlokatorów, nie wiedząc na pewno, czy wszystko się powiedzie. a kiedy w sprawę zaangażowana jest moja babcia, opcja nagłej zmiany planów o 180 stopni jest więcej niż prawdopodobna.
skomentuj (3)

2009-09-19 00:03:58
korektiren
robiąc korektę mojej fatalnej parcym agisterskiej, rozmawiam jednocześnie z człowiekiem, który już nie jest dubem, i właśńie wpadłam na to, ze "się zobaczy" tom otyw przewodni życia mojego pokolenia.
ale notkę pisać miałąm wcześniej już, bo włączyło mi się dziś postrzeganie fotograficzne, z czym zwiazany jest inetresujacy zbieg okoliczności. bo oto na placu sprzymeirzonych, pod salonem plusa, ujrzałam pracownika umysłowego z laptopem, jak siedział na schodach w pozycji żebraczej i pomyślałam, ze to ładne zdjęcie pod tytułem "nowa bezdomność". a pół godziny później, w innej całkiem scenerii, bo pod blaszanym płotem niepostępującej budowy ch kaskada, zobaczyłam bezdomnego w okularach o grubaśnych szkąłch i z wuzeczkiem, jak siedział wpozycji żebraczej rozwiązujac krzyżówkę, a pozycja zebracza była bliźniaczo podpobna do tej poprzedniej. i to wystarczyło, żeby plunąć sobie w brodę, nad niezrobieniem fotografii numer 1.
skomentuj (0)

2009-08-23 01:28:50
zbieram komplementy od kobiet
w zamierzchłych czasach licealnych usłyszałam od Martyny, że mam najładniejsze ramiona ze wszystkich dziewczyn w klasie. i chociaż wydało mi się to oczywistą nieprawdą, pamiętam o tym do dzisiaj i  czasami rozważam tę ważką kwestię z dziedziny urody. dzisiaj na dzień dobry usłyszałam od Anitexa, że mam zgrabne nogi, co również uznaję za oczywista nieprawdę- bo, przeciwnie, parę dni temu zauważyłam niepokojący przyrost masy łydkowej- ale jednak doceniam te miłe słowa, pielęgnuję je w swojej pamięci i serduszku. chodzi chyba o to, że kobiece komplementy mają dla mnie nieporównywalnie większą wartość, niż męski, chyba z tej prostej przyczyny, że w męskich zawsze węszę podstęp, a kobiety nie mają specjalnie wiele do osiagnięcia pochlebstwami wobec innych kobiet. w ramach rewanżu wyjęłam Anitkę z 75B i pokazałam jej nowy świat (na marginesie, refleksja mężowska na widok 75B w sklepie- "to chyba na mnie byłoby dobre"). praca u podstaw postępuje.

nie do końca bez zwiazku z komplementami- rozładowałam przed południem trzy palety kartonów. przerzucenie 150 paczek różnej wielkości i różnego ciężaru to jak 45 minut wuefu w szkole. warszawski kierowca w wieku nieinteresującym pochlebczo określił "wygimnastykowaniem" umiejętność przewieszenia się przez murek w celu sięgnięcia zagubionego markera.

tydzień na  Fieldorfa dobiega końca, jutro wracam na prawy brzeg Odry. po dzisieszym dniu widzę, jak bardzo potrzebna jest zmiana lokum na coś bliższego centrum miasta. nie chodzi nawet o koniecznosć i dojazdy do pracy,a le zupełnie inne spektrum możliwości otwiera się, kiedy nie trzeba uwzględniać kosztownej półgodzinnej podróży autobusem bez możliwości zamienienia jej na spacer. na tle bliskości miejsca zamieszkania od centrum szykuje się chyba kryzys małżeński, ale jak wiele innych rzeczy- może i musi on poczekać.

poznałam też przelotnie Głos, który uważał, że wystarczy pomnożyć kwotę przez trzy, żeby niemożliwe stało się możliwe. w tej chwili szczerze owemu Głosowi współczuję, chociaż też pewnie mogłam mu zasunąć ofertą "kurs taksówką w obie strony plus 50zł dla mnie, skoro panu tak zależy".

taka piosenka była, o tym, że jestem robotem zapierdalam w sobotę. :)
skomentuj (3)

2009-08-15 11:31:55
zalety czekania na odpowiedź promotora
obudzić się chwilę po 9, włączyć głośno beatsteaks, wstawić pranie, zrobić sobie kanapki z tuńczykiem i zieleniną, nalać soku z pomarańczy i wrócić do łóżka, żeby spędzić dwie godziny na czytaniu. nie mieć wyrzutów sumienia, że w tym czasie przyszłość wisi na włosku, bo w tej chwili nie ma zależnej ode mnie przyszłosci na włosku, zrobiłam swoją część, teraz jestem na trochę pozbawiona wpływu, ale też zwolniona z odpowiedzialności. pranie się kończy, punkowe covery znanych przebojów przegryzam upieczonym w czwartek czekoladowym ciastem, dywan tęskni za odkurzaczem. jeżeli robi się dużo rzeczy, to wieczór jest dłuższy, niż kiedy po powrocie z pracy siada się i ogląda pod rząd cztery odcinki doctora who. to cenne odkrycie- że czas jest miarą względną. spsienie mojego życia zgrało się z zapomnieniem o beatsteaks i to jedna z tych rzeczy, na które mam wpływ, więc naprawiam ten błąd na piętnastym poziomie głośności mojego odtwarzacza, nie dbając o sąsiadów. niech słuchają. potrzebuję tej fali dźwięków- coś sie we mnie zmienia dzięki nim, bo przecież hello joe leciało w niemieckiej telewizji muzycznej, którą jeszce wtedy miałam, tego roku, kiedy okazało się, że można być w związku bez jakiś absurdalnych komplikacji.
ta sobota jest dla mnie, dla wziecia oddechu. w niedzielę wieczorem będę pewnie chlipała w garść z przeciążenia nadchodzącym tygodniem, ale to jedna z tych rzeczy, z którymi muszę żyć. więc lepiej, zeby przez ten tydzień chodziło za mną to:

I swallow a lot if the pressure is up
And the feeling I’ve got
Is I’m not gonna stop




skomentuj (0)

gdzie rysownik?

b.                                                                                    telimena.design