|
2009
- 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2008 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2007 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2006 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2005 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2004 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2003 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2002 - 12 - 11 - 10 - 9 - 8 - 7 - 6 - 5 - 4 - 3 - 2 - 1 - 2001 - 12 - |
|||
| 2012-03-18 17:35:30 the boredom and the freedom and the time spent alone i ludzie, za którymi się jakoś tęskni, ale nie można tego powiedzieć, bo brzmiałoby dziwnie. skomentuj (0) 2011-10-16 22:30:48 30-day food challenge in one go, czyli uwielbiam kwestionariusze Miałam taki moment w życiu, że w miarę regularnie wypełniałam Kwestionariusz Prousta jako sympatyczny eksperyment pozwalający mi obserwować zachodzące we mnie zmiany. Z czasem odechciało mi się nieco rozsiewania siebie w internecia, a robienie tego regularnie w zaciszu zeszytu miało jakoś mniej uroku (pisząc ręcznie człowiek więcej się zastanawia). Niemniej miłość do kwestionariuszy najwyraźniej mi nie przeszła, bo kiedy zobaczyłam na Facebooku stronę akcji 30-day Food Challenge stwierdziłam, że muszę sprawdzić, co mój mózg odpowie. I pieprzyć 30 dni, jedziemy całość na raz! dzień 1 - aktualnie ulubiona potrawa- ciężko się zdecydować, po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że o te względy rywalicują samosy Andrzeja i curry jego ojca. dzień 2 - potrawa, której nie znosisz- Brukselka w jakiejkolwiek formie dzień 3 - coś, co trzeba jeść szybko- Chipsy. Garściami dzień 4 - coś, co trzeba jeść powoli- Poziomki dzień 5 - potrawa, która Ci kogoś przypomina- Fizycznie żadna potrawa nie przypomina mi nikogo, natomiast nierozdzielne połączenie w ciągu skojarzeń to jabłka w cieście i Mama. dzień 6 - smak, który przenosi w inne miejsce- Vifon wegetariański=wakacje w górach dzień 7 - coś, co wszyscy wydają się lubić- Pizza dzień 8 - co możesz przygotować z zamkniętymi oczami?- Nie waham się ani chwili robiąc jakąkolwiek formę pomidorowego sosu do spaghetti dzień 9 - coś, co można podarować jako prezent- Ostatnio sernik. Chociaż ze wzgledów praktycznych muffinki lepiej się sprawdzają. dzień 10 - ulubiony "comfort food"- Makaron ze szpinakiem zrobiony przez Andrzeja dzień 11 - potrawa z ulubionej książki kucharskiej- Nie dorobiłam się ulubionej książki kucharskiej. ulubiona potrawa zaczerpnięta z konkretnej książki (której tytułu nie pomnę), to zielona fasolka z imbirem dzień 12 - przepis z ulubionego bloga kulinarnego- Ciężko mi wybrać ulubionego bloga, ale od Belli Blumchen nauczyłam się robić hummus dzień 13 - jedzenie, które jest grzechem (ale jakże przyjemnym)- Bita śmietana. Zamrożona z malinami albo borówkami amerykańskimi. dzień 14 - coś, czego nigdy nie spodziewał(a)byś się polubić- Kiedyś myślałam, że nie lubię oliwek, ale pojechałam do Łodzi i jadłyśmy z Marią pyszne grzanki z zielonymi oliwkami na śniadanie. Po tym myślałam, że lubię tylko zielone oliwki, ale aktualnie liczą się dla mnie tylko czarne. Ostatnio zaczęłam jeść nie do końca przetworzone pomiory. Nie mam prawa zakładać, że istnieje jadalna rzecz, któej nigdy nie polubię dzień 15 - kiedyś znienawidzone, dziś ulubione- Właściwie, to patrz wyżej- czarne oliwki. dzień 16 - kiedyś ulubione, dziś znienawidzone- Error dzień 17 - coś, co jesz bardzo często- Ryż dzień 18 - coś, czego nigdy nie jadasz- Mienso nierybie dzień 19 - potrawa, którą jesz rękami- Pizza dzień 20 - kulinarne wspomnienie z dzieciństwa- Racuchy drożdżowe z powidłami albo cukrem pudrem dzień 21 - potrawa, której chciał(a)byś spróbować- Nie przywołam teraz konkretnej potrawy, marzy mi się spróbowanie prawdziwej kuchni indyjskiej. Gdybym jadała mięso, chciałabym spróbować baraniny. dzień 22 - coś, co jesz, kiedy chorujesz- Kiedy mieszkałam z rodzicami, obowiązkowe na chorobę było Monte. W czasach wzmożonej oszczędności za pokarm uznajmy cytryny w herbacie. dzień 23 - romantyczne jedzenie dla dwojga- Dobry ser! dzień 24 - najbardziej nieestetyczna potrawa- Większość rzeczy, które jemy na obiad jest nieestetyczne. Na przykład dzisiaj mam w garnku zieloną fasolkę z imbirem zmieszaną z resztą dyniowego farszu z pieczonych pierożków drożdżowych i wygląda jak coś, co wypluł kot, a jest pyszne. dzień 25 - ulubiona potrawa świąteczna- Barszcz z uszkami (kiedyś nie znosiłam!) dzień 26 - jedzenie z piosenki- Ojezu. Razowiec z pastą awokado. Chujowy kawałek, dobre połączenie smaków. dzień 27 - jedzenie filmowe- W pytaniach nie ma książkowego, więc zrobię połączenie: smażone zielone pomidory. Nie mam pojęcia, czy są smaczne, ale tak, oddziałują mi na wyobraźnię. dzień 28 - coś pysznego i jednocześnie zdrowego- Sałatka dzień 29 - coś zbyt skomplikowanego, by próbować to przygotować- Barszcz na zakwasie. Chleb na zakwasie. Zakwas. dzień 30 - potrawa, która jest taka jak Ty- Yyyy. Drożdżówka? skomentuj (0) 2011-08-28 22:52:59 schyłek lata w ten piękny sierpniowy dzień, kiedy światło słoneczne robi się już takie przydymione, liście drzew nabierają żółtych odcieni, a jadąc samochodem mijamy pole dojrzałych, pomarańczowych dyń, czuję taką dziwną wewnętrzną eskcytację na myśl o jesieni. może to nawyk wyrobiony latami szkolnymi, kiedy wrzesień zawsze niósł ze sobą zmiany- czowiek się zakochiwał, odkochiwał, ewoluował. może to kwestia ostatniego napomknięcia o sezonie knajpianym, który przecież zawsze dostarczał wielu emocji, choć ostatnia stabilizacja nieco pozbawiła go smaku. mam nadzieję, że to nie kwestia perspektywy nowych nabytków odzieżowych, bo jakkolwiek cierpię na lekkie pustogłowie, lubię myśleć, że nie jest ze mną aż tak źle. wydawało mi się dzisiaj, że nadchodzące miesiące będą niosły ze sobą babie lato, zapach palonych liści i mokrej ziemi, kasztany, żołędzie i dzikie jabłka i to piękne, piękne zamglone światło- tak jakbym była wolna i mobilna. przebieram nogami. czekam na przesyłkę kurierską, w której będą kalosze. widzę się w jakiejś nierealnej scenerii, gdzie rozległa łąka kończy się pożółkłym lasem, może brzozowym. słońce jest już nisko, odbija refleksy w obiektywie aparatu, tworzy mi złotawą aureolę wokół głowy i czuję, że nie marnuję czasu w ten sposób, w tym miejscu. tylko, że to się nie zdarzyło. tylko, że mam przeczucie jesieni zmarnowanej i jestem podatna na samospełniające się przepowiednie. 22:52, komputer i konsola. skomentuj (3) 2011-06-03 00:09:20 im bardziej no więc zawsze myślałam, że chodzi o to, że do późnej nocy przed komputerem, żeby na komunikatorze z Panem. a teraz do mnie dociera, że chuja tam na komunikatorze. że to jest łózkowa agorafobia i dlatego jak Pan wyjechał na głupie dwa dni, to ja sobie panicznie znajduję rzeczy do poczynienia, byleby odwlec samotne wpełzanie pod pościel. kto by pomyślał, no? skomentuj (1) 2011-05-14 09:42:47 definicje wbrew pozorom czasami jeszcze myślę w odrobinę bardziej skomplikowany sposób. wbrew tymże samym pozorom wysypianie się i stabilizacja nie służą rozwojowi. więc dopiero pod natłokiem cudzej odpowiedzialności, kiedy ze snem jestem raczej na ścieżce wojennej ("chodź tu, kurwa!" "nuuuh, pomęcz się jeszcze. naślę na ciebie jeszcze kogoś, kto pokrzyczy pod oknem, a na piątą trzydzieści mam zaplanowaną specjalną niespodziankę"), odkrycia w mojej głowie zaczynają się układać w słowa. i nawet nie chodzi o to, że każdy zakład pracy wytwarza wewnętrzny język niezorzumiały dla osób spoza zakresu ("masz kleksa na witkiewicza i pana kakałko do budynku telewizji"), ale że nie potrafię definiować. uciekam od jednoznacznie określających rzeczy (i ludzi- głównie ludzi) słów. definiuję przez "co robisz", zamiast "kim jesteś", kiedy "kim jesteś" wydaje się być bardziej naturalne, osadzone w kanonie życia społecznego. czasami trafia(ło) się na jakieś żenujące zajęcia integracyjno- psychologiczne, gdzie sadza(ło) się nas w kręgu i pada(ło) hasło "przedstaw się i powiedz coś o sobie" i w oczach wszystkich widać (było) narastającą panikę, że co by tu powiedzieć. nie pamiętam, jak się ratowałam w takich sytuacjach dwa lata temu i wcześniej (bo mam pamięć złotej rybki, coraz bardziej, nie jestem z tego dumna), ale teraz jedyne "jestem" jakie mogłoby paść z moich ust, to określenie przynależności do kategorii płci "kobieta". byłoby że "pracuję, lubię, robię", ale że jestem [nazwa stanowiska] w firmie, że jestem fanką [losowa rzecz którą się jaram]- nie ma takiej możliwości, nie mam takiego nawyku językowego, być może z podświadomej obawy przed zaszufladkowaniem. i nie, że tylko siebie określić nie potrafię. mój ukochany mąż, kiedy komuś o nim mówię, nie jest tłumaczem freelancerem- mój mąż tłumaczy. kolega artysta, jeśli wspominam o nim komuś w kontekście sztuki, nie jest artystą, tylko maluje. mój brat nie jest właścicielem firmy, on ją prowadzi. i nie jest ojcem, tylko ma dziecko. co jest ze mną nie tak, wszyscy znajomi moi frelancerzy, nei są freelancerami tylko "pracują w domu". i kiedy już raz sobie uświadomiłam, że właśnie w tak kopnięty lekko sposob postrzegam (albo raczej: przekształcam) świat, zaczęło mnie to niesamowicie we mnie irytować, no bo naprawdę, dziewczyno, weź się w garść, zmężniej (!) i zacznij mówić o rzeczach wprost. miałam tez kiedyś refleksję o zabarwieniu felietonu, ale to było dawno, kiedy jeszcze na tapecie był Starcraft, a nie Mortal Kombat (a było to wiele innych gier temu). próbowałam tę rfleksję jakoś ubrać w słowa, ale jak zwykle okazało się, że jedna refleksja wiosny nie czyni i do czego włąściwie miał zmierzać ten wywód? poza problemami z definicją i treścią mam też życie na fejsbuku, co sprawia u ludzi wrażenie, że wiedzą już wszystko, co trzeba wiedzieć. to też jest ciekawe zjawisko- z obu stron patrząc. i mam taką dziwną, czerwoną kanapę w mieszkaniu. trzeba ją co drugi dzień układać na nowo, bo poszczególne jej elementy się rozjeżdżają. niby tylko od siedzenia, ale kiedy dzisiaj wstałam (po raz drugi), krągły krokodyl i płaski kot leżeli na niej w konfiguracji wskazującej na bójkę, więc może to wyjaśnia tajemnicę rozbabranej kanapy. skomentuj (2) 2010-11-15 21:53:09 trudno być mną, raczej ja mam raczej ciężki charakter, wychowałam się w trudnych warunkach i w ramach walki o byt wyrobiłam sobie dość inteligentny system obronny, w postaci ogromnych zasobów ciętych ripost. i przez długi czas w moim otoczeniu ten system obronny był czymś normalnym, każdy, kto powinien, wiedział mniej-więcej, w jakim stopniu żartuję, a w jakim się wkurwiam, jak bardzo brać coś do siebie, a kiedy odwzajemnić złośliwca. problem pojawił się w codziennym obcowaniu z ludźmi, którzy znają mnie trochę mniej i raczej nie mam ochoty, żeby znali mnie bardziej. problem ów polega na tym, że moje zasoby są tyleż niewyczerpane, co nieokiełznane i zazwyczaj waliłam między oczy różnymi standardowymi tekstami, które- jak się po jakimś czasie zorientowałam, bywają chamskie raczej. proszę zwrócić uwagę na czas przeszły w "zazwyczaj waliłam". otóż, najmilsi, pojawił się był zarzut nepotyzmu biurowego i pojawił się był zarzut przesady i pojawiła się była reakcja wskazująca na większą wrażliwość, niż jestem przyzwyczajona napotykać na drodze swoich prostolinijnych słów. w związku z czym podjęłam silne postanowienie zamknięcia paszczy. mniej więcej dwa tygodnie temu zaczęłam procesj transformacji w supermiłego robota. robot wykonuje. robot się nie wtrąca. robot nie wyraża opinii negatywnych ani też pozytywnych. w przypadku ograniczonych zasobów przetwórczych robot uprzejmie prosi o poczekanie chwilę. mogę się założyć, że z zewnątrz zmiana nie jest zauważalna, ale czuję, jak się po cichutku wypalam dusząc wszystkie te zgrabne podsumowania, jakie same się proszą o wypowiedzenie po zasłyszeniu kuriozalnych dialogów. jak kurwię, to na samą siebie, ewentualnie kogoś, kto wprowadził mnie w błąd, ale broń boże nie osobę, mogącą się poczuwać do zalegania niżej na drabinie hierarchii. chodzi o to, że im mniej mogę żartobliwie jechać ludzi wokół (i naprawdę, w 99% to było żartobliwe, jak mam poważny zarzut, to "chyba sobie kpisz" brzmi zupełnie inaczej), tym bardziej mam wewnętrzną potrzebę tyrania samej siebie. możnaby podejrzewać, że natura dąży do zachowania równowagi, gdyby nie to, że siebie jadę zawsze na poważnie. skomentuj (1) 2010-11-12 15:15:10 12-11-10, jakoś po 9:00, między Łubinową a Wyszyńskiego, część 3 i 4 gdy chrupek przeminie nietrwała struktura dorwiemy gołębie wyrwiemy im pióra
******
dziewczyno karmiąca gołębie chrupkami to nie da się ukryć ty jesteś do bani
------- chrupki, gołębie i dziewczyna nie dają mi spokoju. skomentuj (0) |
|||
| b. telimena.design | |||